fbpx

PIERWSZY W POLSCE PORTAL O MIEJSKIM OGRODNICTWIE

Kiedy w ubiegłym roku kolejne watahy mszyc nawiedzały nasz ogródek, trochę byłyśmy wkurzone i powtarzałyśmy, że to nasz najgorszy sezon. Było najpierw bardzo sucho, potem bardzo mokro, idealnie dla szkodników, które dziesiątkowały nasze pomidory i nie tylko.
Koniec końców miałyśmy trochę pomidorów, piękne zioła, ze 3 cukinie i mnóstwo kwiatów. Czyli coś tam jednak było.

W tym sezonie mszyce się pojawiły, a jakże! Posmrodziłyśmy trochę czosnkiem (od kilku sezonów nasz sposób na mszyce to BIoczos + mydło potasowe + spirytus). Śmierdzi toto i strasznie się klei, ale całkiem dobrze sobie daje radę z inwazją mszyc. Szkodniki powoli się wycofywały i wszystko wskazywało na to, że przed nami piękny sezon. No bo cóż mogłoby zaszkodzić naszym uprawom, jeśli wszystko pięknie się prezentowało, cukinia rosła w oczach, zawiązywały się coraz to kolejne pomidory, poziomki codziennie oferowały po kilkanaście słodkich owoców, nawet ogórki zaczęły się pokazywać.

Niestety, nic z tego wszystkiego nie będzie. Okazuje się, że to obecny sezon jest najtrudniejszym ze wszystkich, a przyczyną są zmiany klimatyczne.
W pewnym sensie nasz sezon już się skończył, zanim jeszcze zebrałyśmy plony.

Kilka dni temu przez Kraków przeszła nawałnica. Nie ulewny deszcz czy burza, tylko właśnie nawałnica. Porywisty wiatr, ulewa oraz wielki grad. Miasto było całkowicie sparaliżowane, wiatr przewracał drzew, ulice i tory tramwajowe były zalane, a grad niszczył nie tylko dachy samochodów, ale też rośliny. To nie są zwykłe burze, jak lata temu, to nowe, ekstremalne zjawiska pogodowe, które są bezpośrednio połączone ze zmianami klimatu, których ludzie są przyczyną.

Nasz ogródek został w zasadzie całkowicie zniszczony. Niby jest zamknięty (urządziłyśmy go na podwórku, więc z czterech stron są ściany i wiatr rzadko tam hula), ale grad zmasakrował rośliny. Wielkie liście cukiń są posiekane na kawałki, wszystkie trzy młodziutkie krzewy lubczyku zmaltretowane, zostało kilka sterczących łodyg, jarmuż toskański połamany, a o pomidorach szkoda nawet gadać. Mamy tylko smutne, gołe łodygi, wszystkie liście i owoce są zniszczone. Od razu odpowiadamy na pytanie: tak, były podwiązane, ale grad walący w nie z ogromną siłą nic sobie nie robił z naszych starań.
Nawet twardzielka mięta, o której zawsze mówimy, że rośnie, gdzie popadnie i nic jej nie straszne, została wytłuczona do ziemi.

Smutno nam jak nie wiem co.
Ale nie dlatego, że efekty naszej pracy zostały zniszczone przez naturę. To się zdarza. Czasem są to żarłoczne ślimaki czy gąsienice, czasem mszyce albo intensywne słońce, smutno nam, bo ta nawałnica to nasza wina.
To my, ludzie jesteśmy winni i nasz sposób życia. Dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że ekstremalne zjawiska pogodowe, których doświadczamy, to efekt zmian klimatycznych. Spalanie paliw kopalnych oznacza ocieplanie powierzchni ziemi, a to z kolei prowadzi do zmian pogodowych na niespotykaną dotąd skalę.

Niestety, każdy z nas dokłada do tej lawiny zmian swój mały (albo większy) kamyczek. Nasze wygodne życie i nadprodukcja wszystkiego, to jeden z nich. Marnujemy żywność, kupujemy zbędne ubrania i przedmioty, nadużywamy samochodów zamiast komunikacji miejskiej. To tylko małe kropelki w morzu działań podgrzewających naszą Planetę do czerwoności.

Martwimy się doniesieniami z końca świata o trzęsieniu ziemi, ale nie rusza nas, kiedy kolejna ulica czy plac jest „rewitalizowany” czyli tak naprawdę „derewitalizowany”. Rewitalizacja oznacza dosłownie „przywrócenie do życia”, ale w słowniku współczesnej polszczyzny oznacza „wyrżnięcie w pień wszystkich drzew i krzewów i wylanie betonu, postawienie ławek i barierek”. Nie tak dawno rewitalizacji poddano na przykład ulicę Krakowską w Krakowie. Miała zmienić się w piękną, reprezentacyjną, spacerową ulicę. Zmieniła się w ulicę bez drzew i krzewów, z kilkoma śmiesznymi małymi placykami na rogach, gdzie zamiast kostki wsypano na beton trochę ziemi i wsadzono kilka krzewinek.
A w ostatnich dniach chwilami ul. Krakowska zamienia się w rzekę, kiedy podczas intensywnych opadów woda nie ma gdzie odpływać, więc stoi w betonowym korycie, które jej zbudowano. Doskonały pomysł na obecne czasu, co? Kiedy zmiany klimatyczne tak mocno dają się nam we znaki. Tera szczególnie musimy mieć na uwadze działania, które pomogą nam przywracać równowagę, a nie ją zaburzać. Poza miastem ulewy są także dotkliwe, ale woda dość szybko wsiąka w grunt, tak jak powinno się to dziać. W zabetonowanych miastach nie ma takiej możliwości. 

Mamy bardzo smutne przemyślenie: jak tak dalej pójdzie, sprowadzimy na siebie głód. Nasz ogródek jest malutki, ale uprawy, które nas żywią, mogą ucierpieć tak samo, a wtedy plony będą coraz mniejsze i bezpieczeństwo żywieniowe zostanie zachwiane.

Musimy działać! Reagować, mówić głośno, kiedy słyszymy o kolejnych „rewitalizacjach”, starać się podejmować lepsze wybory konsumenckie na co dzień i świadomie podejmować decyzję, gdy idziemy oddać swój głos w wyborach. Wiemy, że swoimi małymi działaniami nie odwrócimy tych wszystkich zmian klimatycznych, które zachodziły przez wiele lat, ale każdy musi działać choćby na najmniejszą skalę, zamiast czekać aż „inni” coś zrobią.